Z Pamiętnika Bulimika

 Nie planowałam się dzielić z Wami moją historią, bo zostałam wychowana w duchu ‚prania brudów w czterech ścianach’. Nie żalę się, wręcz przeciwnie- jestem dumna z tego przez co przeszłam, bo to sprawia, że mam grubą skórę. Nie sądzę też, że moja historia jest wyjątkowa, są miliony takich jak ja. Postanowiłam o tym napisać, odbiegnąć na chwilę od ducha bloga i napisać o sobie. Zainspirowało mnie do tego wiele wypowiedzi, wielu osób od ‚bo Ty to masz blisko, masz czas i taka pracę, że możesz brykać na siłowni co drugi dzień’, po ‚dobrze Ci mówić, z takimi genami’, ‚nie rozumiem po co Ty się tak starasz, przecież już jest ok’. Uderzyło mnie to jak dużo osób sądzi, że urodziłam się w czepku, pod względem zdolności, wyglądu, pieniędzy i przez to sądzą, że to ok, jeśli sami siedzą na tyłku, narzekają i ich głównym zajęciem jest szukanie wymówek.
Nie miałam szczęścia wychowywać się w pełnej rodzinie, moja matka zmarła gdy miałam 2 lata, byłam czarną owcą wiecznie porównywaną do kuzynostwa, przyszywanej siostry, a jedyną osobą jaka stała po mojej stronie to była moja babcia. Macocha chcąc nauczyć 8-letnie dziecko ortografii kazała mi przepisywać książki po nocach, po kilkanaście razy, aż nie było błędu. Gdy zdarzyło mi się upuścić widelec przy obiedzie, byłam wyśmiewana od wieśniar. Gdy po odkurzaniu nie poprawiłam zasłon, byłam przywoływana nawet od koleżanki z domu, by to poprawić. A gdy zaczęłam w liceum chodzić na siłownię usłyszałam, że nie ma sensu bym się starała, bo modelką nigdy nie będę. I chyba w tym momencie coś we mnie pękło…A może wtedy gdy usłyszałam, że mam ‚d.pe jak szafa trzydrzwiowa’ (ważyłam wtedy tyle co teraz). Od tego momentu bez względu na wagę w lustrze widziałam sam tłuszcz. Na zmianę chudłam w ‚dobrych’ okresach, i tyłam w ‚złych’, potrafiłam cały dzień przeżyć o herbacie i kawie, w szkole nic nie jadłam, by po powrocie odmówić obiadu kłamiąc, że już miałam obiad w szkole. Obżeranie się wszystkim co znalazłam w kuchni na zmianę z głodówkami. Parzenie herbatek przeczyszczających z 10 torebek to pikuś, dziękuję Bogu, że nigdy nie nauczyłam się wymiotować. Prawie nie dopuszczono mnie do matury przez nieklasyfikowanie z wielu przedmiotów, bo zamiast chodzić na lekcje siedziałam w siłowni. Maturę zdałam śpiewająco. Zasada ‚wszystko albo nic’- złożyłam papiery tylko na jedną uczelnię, nikt we mnie nie wierzył, ojciec pytał czy znam malarza który by przeżył z obrazów za życia, ale ja się uparłam, poszłam na to pieprzone, wymarzone ASP. W ciągu 4 miesięcy w obcym mieście, gdzie już nikt mnie nie pilnował z jedzeniem schudłam 10 kg, yeey! Moja cera była szara, ciało sine, siniaki robiłam sobie nawet opierając się o coś. Byłam tak cholernie dumna kiedy koleżanka z roku powiedziała, że wydawało jej się, że mnie widziała na mieście : ‚ale się myliłam, Ty masz takie chude uda, dużo szczuplejsze’. Wyglądałam jak Anja Rubik, minus przystojny mąż. 183cm wzrostu, 55kg wagi, wysoka jak brzoza, a chuda jak koza. Wtedy nadal sądziłam, że jestem za gruba, że jedzenie jest problemem, izolowałam się, nie było mowy o piwie czy pizzy ze znajomymi, w głowie od razu miałam te rozrastające się komórki tłuszczowe od samego wąchania jedzenia. Ale nie chorowałam, nadal miesiączkowałam regularnie, depresja nie wydawała mi się czymś spowodowanym stylem życia, ale normą- tak miało być, za karę, że nie umiem zapanować nad głodem. Jesteś gruba, nie możesz być szczęśliwa. Wdech…wydech…Wyjście z domu z taką wagą jaką mam teraz, wtedy graniczyłoby z cudem na miarę objawienia się Matki Boskiej w burdelu. „Czemu walę się młotkiem po głowie? Bo to takie cudowne uczucie, jak w końcu przestaję.” Blisko 10 lat wyrzutów sumienia, czytania o dietach, odżywianiu(to w sumie mi się teraz przydaje), obsesyjnych myśli o rozmiarze 34, 10 lat strachu przed stawaniem na wadze, która była wyrocznią tego jak się MOGĘ czuć tego dnia. Nie szukałam pomocy, nikomu o tym nie mówiłam, nie chciałam pomocy bo bałam się, że to oznacza, że będę musiała się zaakceptować i utyć. Powinno mi dać do myślenia  to gdy Wantuch zapytał czy wiem, czemu mnie zaprosił na sesję i w odpowiedzi na moje kręcenie głową przyznał, że to dlatego, że jestem taka CHUDA. Dwa razy spojrzeć, by raz zobaczyć.
Jakiś czas temu poznałam jednak rewelacyjnego faceta, jego zdanie się dla mnie liczyło, chciałam wyglądać ZDROWO, zaczęłam ćwiczyć i zaczęłam jeść. Wróć. Zaczęłam starać się jeść. Nawet teraz gdy już wie, chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ogromnym wysiłkiem było dla mnie to jedzenie wspólnych śniadań, czy pizzy przy filmie. Wtedy już zdawałam sobie sprawę z istnienia problemu. Problemem nie było ciało, a potrzeba posiadania kontroli ( w tym przypadku nad wagą ciała, kiedy wydawało mi się, że nad niczym innym kontroli nie mam), potrzeba akceptacji od kogoś ‚who matters’. Pewnie doszłabym do tego szybciej, gdybym się udała do psychologa, nie mniej jednak przyszedł moment, że waga z wroga nr 1, stała się nic nie znaczącym sąsiadem i nie było to olśnienie, a raczej długi proces. Trwający niemal rok. Rok temu w maju kupiłam karnet na siłownię i zaczęłam ćwiczyć siłowo, całkowity zakaz kardio, zabroniłam sobie nawet patrzeć w stronę bieżni. Koniec z odchudzaniem, podjęłam się MASY. Ku mojemu zaskoczeniu, rozregulowany metabolizm poddał się łatwo, stopniowo podnosiłam kalorie z (nie bijcie) 1000kcal do 2400kcal. W ciągu 7 miesięcy nabrałam 10kg masy, połowa z tego to był tłuszcz i wiecie co? To najszczęśliwszy tłuszcz na tej planecie :D Było ciężko, po 5kg miałam załamanie, znów wróciła niepewność, chęć odchudzenia się teraz, już. Było ciężko…Przynajmniej raz w miesiącu miałam napad obżarstwa, po którym tydzień się katowałam. Mój trening był za ciężki, myślałam, że pozjadałam rozumy, nie potrzebuję regeneracji, robiłam splity, ćwiczyłam po 5-6 dni w tygodniu, nabawiłam się kilku kontuzji, żarłam leki przeciwbólowe i ćwiczyłam oporowo. To było złe. Robiłam COŚ, ale nadal źle. Przełom nastąpił gdy znalazłam zdjęcia zrobione gdy zaczynałam ćwiczyć, gdy poznałam mojego partnera. Porównałam je z najświeższymi zdjęciami i… popłakałam się. A potem zaczęłam się śmiać, poszłam do kuchni, do szafki z lekami i wywaliłam ostatnie opakowanie tabletek przeczyszczających. Bałam się, że to będzie trudne, że psychicznie bez nich nie wytrzymam. Bałam się, że stracę kontrolę nad wagą, że widząc za dużo na wadze znów mi odbije i zacznę się głodzić. Bałam się. Ale strach to coś bardzo nieproduktywnego, można nad nim zapanować na wiele sposobów. Wtedy zaczęłam liczyć makro. Uwolniłam się od kalorii, uwolniłam się od wagi, uwolniłam się od strachu. Myślę teraz czemu nie wyszła mi redukcja, czemu zamiast stracić na wadze, waga stanęła- mam rozregulowany metabolizm, moje ciało pamięta to co mu zrobiłam i nadal ma focha, nie zamierzam na nim się za to mścić. W tym tygodniu zaczynam kurs na trenera personalnego, później chcę się szkolić w kierunku dietetyki i odżywiania w sporcie, zrobić kurs instruktora kulturystyki. Czemu? Bo nie chce być już chuda- chce być zdrowa! I chcę pomagać innym walczyć o swoje ciało, zdrowie i samopoczucie. Stay strong!

skinny-is-not-strong-health-is

2 komentarze do “Z Pamiętnika Bulimika

  1. Trudno w to uwierzyć ale byłam na skraju załamania. Przez większość czasu nie miałam siły aby ponieść się z łóżka. Koleżanka doradziła mi aby posłużyć się magią. Pomyślałam co mi szkodzi spróbować. Po rytuale na depresję wykonanym przez Samaela poczułam się znacznie lepiej. Po kilku tygodniach stanęłam na nogi. Teraz korzystam z pomocy jego magii co pół roku i jest o wiele lepiej.

  2. Na moje bolączki nic nie chciało pomóc. Dopiero rytuał na depresję Samaela złagodził moje problemy. To niesamowite jak magia może pomóc człowiekowi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>